Miałam kilka, jeśli nie kilkanaście pomysłów na tytuł tego posta. Jedne mniej, a drugie bardziej kreatywne. Niektóre przywoływały mi na myśl filmy, inne z kolei wygenerowała moja fikająca kozły wyobraźnia. W końcu mogłam poniższą opowieśc zatytułować dajmy na to „Extreme ways” albo „Training day”. Mogłam także nazwać ją „Prywatne Narrenturm”, „Surwiwalowo” albo coś w tym kolorze. W tej chwili jednak przypomniałam sobie, jak to idąc niemalże po kolana w sniegu i mając buty i spodnie mokre do kolan myślałam o pozytywnych stronach 10-kilometrowego marszu. Mogłam wszak być cała mokra. Mogłam zamarznąć. Mogłam legnąć jak długa w zaspie albo spadając ze śliskich kamieni nabawić się złamania otwartego podudzia, wreszcie pod nieuwagę współtowarzyszy mogłam w akcie desperacji skoczyć w przepaść, ginąc marnie. Nic z tego. Miałam tylko mokre do niemożliwości buty. Ale od początku… wyruszylismy pekałesem z Polski niemal centralnej do Szklarskiej Poręby w nocy 23go grudnia. Serdecznie polecam wszystkim miłośnikom ekstremalnych przeżyć. Cena: tylko 50 zł, a ponad 400 kilometrów emocji takich jak: niesikanie, drętwienie połowy lub całości ciała (zależy w którą stronę próbujesz sie skulić, by „spać”), kolana trzymane pod brodą, miażdżenie innych podróżnych własnym fotelem, przeciskanie się wśród współtowarzyszy, zapachy spod pachy (cudzej) i wiele, wiele innych. Nic to. Dojechaliśmy na 8 rano, dołączyliśmy do reszty ekipy, nastroiłam kijki i w drogę!
DZIEŃ PIERWSZY (plan całodniowy: wejście na Szrenicę), jak przystało na sportowców, rozpoczęliśmy od rozgrzewki:
a później powoli w górę (z akcentem na ”powoli”). Upał! Zmęczenie! I nagłe przekonanie, że jeśli dalej tak będzie, to ja wracam do domu! Gdyby nie schronisko po drodze, pewnie byłoby krucho. Za to nabrałam doświadczenia w robieniu zdjęć przez brudne okno schroniska numer 1: Herbata miętowa z cytryną, kanapki ze smalcem, bułki z kotletami- można było poczuć się jak na uczcie u Baltazara, z tym jednak wyjątkiem że na ścianie nie pokazała się ręka pisząca nieznane wyrazy. Kolejnym etapem było wejście na Szrenicę, gdzie znajdowało się upragnione schronisko (1362 m.n.p.m.). Po konsultacji z logistykiem Danielem usłyszałam, że wędrówka następnego dnia ma być mniej męcząca, bowiem mamy w planie iść szczytami. Dobra nasza! pomyślałam, po czym oddałam się błogiemu leniuchowaniu w schronisku na szczycie Szrenicy:

DZIEŃ DRUGI pod tytułem „Idziemy Szczytami, Czyli Jak To Jest Gdy Pogoda Daje Lekkiego Prztyczka W Nos. A Następnie Wali Prawym Sierpowym.”
Zapowiadało się nieźle…do momentu, gdy wyszliśmy ze schroniska…odwilż, mżawka..no nic, dam radę! Trasa liczyła mniej więcej 10 kilometrów…po piętnastu minutach od wyjścia trafiliśmy na cudownie rozmokły śnieg…w który z rozmachem zapadłam się do połowy łydki…buty zaczęły wydawać mlaszczące dźwięki. I wzmógł się porywisty wiatr.
Co chwilę pojawiały się widma we mgle, które po dokładniejszym przyjrzeniu okazywały się być pniami drzew. Uff. Szałas posłużył nam do zmiany przemoczonej garderoby na suchą oraz do wypicia kilku łyków rozgrzewających pyszności. Mimo wszystko zmęczenie dawało się we znaki. Robiło się późno, a schroniska wciąż nie było widać.

Dopiero około godziny 16 dotarliśmy do kolejnego punktu noclegowego. „Odrodzenie”. Ha, doskonała nazwa! Buty wylądowały na kaloryferze, smakowite jedzenie zostało pochłonięte migiem. Spełniłam swoje odwieczne marzenie śpiąc na piętrowym łóżku. Łuhuu! A trzeciego dnia…

…niespodziewanie ściął mróz, zaswieciło słońce i można było wędrować dalej. Celem było dojście pod samą Śnieżkę oraz nocleg w „Śląskim Domu”. Słońce. Mróz. Widoki. Wszystko takie nierealne. Jak w opowiadaniu fantasy.

Myślałam wtedy o scenie z „Wieży Jaskółki”, kiedy Ciri na jeziorze ucieka przed Bonhartem

snieżne wariactwa

Przedśnieżne migawki:

A w międzyczasie rozmowy, dzikie slizgi w martensach i buszowanie po krzakach.
Schroniskowo, łóżkowo… i zagadka: kto wygrał w trzy-pięć-osiem?

DZIEŃ CZWARTY: wejście na Śnieżkę! Buty już były suche, pogoda dopisywała, obolałe ścięgno przestało boleć a plecak zrobił sie o wiele lżejszy. Wchodzenie po łańcuchach?! A skąd! Mnie wystarczą kijki!
pogoda nie opuściła nas już do końca. Śnieżka została zdobyta w ciągu pół godziny, Harald uwiecznił buty naszej wesołej gromadki.
Można było rozpocząć daleką drogę w dół. Wypatrzyliśmy dym snujący się leniwie z komina małego czeskiego schroniska i nie omieszkaliśmy o nie ”zahaczyć”.
A później stroma droga w dół, do Karpacza. Nie minęła godzina gdy dotarliśmy do cywilizacji. A póżniej już Jelenia Góra. I plany kto i w którym miejscu zasadza się w poszukiwaniu odpowiedniego przedziału. I cała noc w pociągu. I ciepło. I wspomnienia. Muzycznie wycieczkę sponsorował Kult, PP, Korpiklaani, oraz Closterkeller. Patronat spożywczy: tata Daniela, Dawid oraz firmy Knorr i Amino. Podróż powrotną sponsorowały TLK. A następnie ciepłe łóżko. Odpoczynek.

całość dedykuję górskiej ekipie oraz Dawidowi.

Reklamy

Powrócone!

28/12/2009

Wróciłam! Po pokonaniu ponad 1000 km od ostatniej środy powróciłam do domostwa. Uhh! Póki co doprowadzam się do stanu używalności, ale ponieważ cierpliwość nie jest moją mocną stroną, wrzucam tak zwane „przedsmaki”, natomiast więcej zdjęć i historie ze szlaku pojawią się, gdy tylko zbiorę się do przysłowiowej ”kupy”, a nastąpi to niedługo. A oto początki:

natomiast muzycznie na szlaku towarzyszył nam między innymi ten utwór:

ponadto:
-kijki sa cudownym wynalazkiem
-co przeszły moje buty?
-chińskie zupki górą!

chwilowo zajęta Wielkim Popowrotowym Praniem,

Asjaa

Nordic plotking!

20/12/2009

Szu-szu, szu-szu! Raz-dwa! Raz-dwa! Śnieg skrzypi cudownie, a po sniegu zasuwa ekipa z kijkami bez nart. Ósmy uważa, ze to dziwnie dziwne. Jest fantastycznie! I faktycznie- zdecydowanie wolę nazwę „nordic plotking” niż ”nordic walking”, jest niezwykle adekwatny!
Poza tym już jest zdecydowanie spokojniej, wernisaże odbyły się i wszystko poszło gładko. Dostałam katalog z buskiej wystawy Ponidzie i lubię go oglądać. Teraz już tylko kompletuję rzeczy na wyprawę, jeszcze przydałoby się mieć kilka pierdółek, a czasu zostało niewiele. Mam ogromną ochotę na spotkanie z Panną Pauliną oraz na zimowy wyjazd do Gdańska. Zrobi się! A tymczasem yerba mate kaktusowa i Artrosis z dedykacją dla Ciebie.

Mam wrażenie, że ciepłe i słoneczne dni już się kończą i zbliża się zima. A ten utwór Royksopp jest dla mnie wyjątkowo „zimowy”. Pięknie mroźny i niepokojąco lodowaty. A w głowie plany górskie?

i jeszcze coś