Było sobie wesele

30/06/2010

Ano było sobie. Zleciało jak z bicza strzelił. Mimo róznych przeszkód, takich jak awaria auta i nieznajomość pewnych adresów, udało nam się dotrzeć na weselicho. Strat w ludziach nie zanotowano. Aby tradycji stało się zadość, poniżej uwiecznieni zostali: panna Joanna, Arek znany niegdys jako Bonzo, Ola, AC/DC, oraz Dawid. Gratulacje dla Pary Młodej!

Reklamy

Zabunkrujmy się!

24/06/2010

Od piątku miało miejsce poznawanie nowych miast i niewielkich stacji kolejowych, które okazywały się być nie tymi, które akurat były potrzebne. Później podróż na północ i wizyta u Pary Nienajmłodszej, jednak pan domu nie był w najlepszej formie po różnorakich hulankach. Panele na podłodze poznały natomiast smak pepsi, co wzbudziło niezadowolenie pani domu. Co tam, wytarło się! A plamy na scianie się zamaluje, prawda? Później znów odbyła się podróż, tym razem na południe, do miasta królów, albo jak kto woli dawnej stolicy Polaków. Bunkry nie miały przed nami żadnych tajemnic, pizza była z ketchupem, a kino przy rynku miało wspaniałe bujane fotele i pragnę w nim zamieszkać. A z innych radosnych informacji: Lesław wypuszcza dwa nowe kwiaty!

Ah ah ah! Znowu tam byłam! Mimo spóźnienia (o rety, o rety…!) Panna Paulina pojawiła się na dworcu zaopatrzona w parasol, po czym rozpoczęłyśmy zwyczajowy rajd. Ogromna kawa z cynamonem, pogawędki i szybka wizyta Konrada, który przyniósł papryczki chilli, które już przerobiłam na klipsy, później jeszcze inne drobne przyjemności jak wizyta u Czarnego Kota. A wieczór był nasz! Mimo myśli, że trzeba wstać dośc wcześnie, tematy do obgadania nie chciały się skończyć. A na koniec cudowny sen w nieprzyzwoicie wielkim łożu Pauliny! Natomiast do domu przywiozłam nowego lokatora, ma na imię Wacław i stoi na parapecie. Mruczę z zadowolenia!

a kto nam przygrywał?

Miałam kilka, jeśli nie kilkanaście pomysłów na tytuł tego posta. Jedne mniej, a drugie bardziej kreatywne. Niektóre przywoływały mi na myśl filmy, inne z kolei wygenerowała moja fikająca kozły wyobraźnia. W końcu mogłam poniższą opowieśc zatytułować dajmy na to „Extreme ways” albo „Training day”. Mogłam także nazwać ją „Prywatne Narrenturm”, „Surwiwalowo” albo coś w tym kolorze. W tej chwili jednak przypomniałam sobie, jak to idąc niemalże po kolana w sniegu i mając buty i spodnie mokre do kolan myślałam o pozytywnych stronach 10-kilometrowego marszu. Mogłam wszak być cała mokra. Mogłam zamarznąć. Mogłam legnąć jak długa w zaspie albo spadając ze śliskich kamieni nabawić się złamania otwartego podudzia, wreszcie pod nieuwagę współtowarzyszy mogłam w akcie desperacji skoczyć w przepaść, ginąc marnie. Nic z tego. Miałam tylko mokre do niemożliwości buty. Ale od początku… wyruszylismy pekałesem z Polski niemal centralnej do Szklarskiej Poręby w nocy 23go grudnia. Serdecznie polecam wszystkim miłośnikom ekstremalnych przeżyć. Cena: tylko 50 zł, a ponad 400 kilometrów emocji takich jak: niesikanie, drętwienie połowy lub całości ciała (zależy w którą stronę próbujesz sie skulić, by „spać”), kolana trzymane pod brodą, miażdżenie innych podróżnych własnym fotelem, przeciskanie się wśród współtowarzyszy, zapachy spod pachy (cudzej) i wiele, wiele innych. Nic to. Dojechaliśmy na 8 rano, dołączyliśmy do reszty ekipy, nastroiłam kijki i w drogę!
DZIEŃ PIERWSZY (plan całodniowy: wejście na Szrenicę), jak przystało na sportowców, rozpoczęliśmy od rozgrzewki:
a później powoli w górę (z akcentem na ”powoli”). Upał! Zmęczenie! I nagłe przekonanie, że jeśli dalej tak będzie, to ja wracam do domu! Gdyby nie schronisko po drodze, pewnie byłoby krucho. Za to nabrałam doświadczenia w robieniu zdjęć przez brudne okno schroniska numer 1: Herbata miętowa z cytryną, kanapki ze smalcem, bułki z kotletami- można było poczuć się jak na uczcie u Baltazara, z tym jednak wyjątkiem że na ścianie nie pokazała się ręka pisząca nieznane wyrazy. Kolejnym etapem było wejście na Szrenicę, gdzie znajdowało się upragnione schronisko (1362 m.n.p.m.). Po konsultacji z logistykiem Danielem usłyszałam, że wędrówka następnego dnia ma być mniej męcząca, bowiem mamy w planie iść szczytami. Dobra nasza! pomyślałam, po czym oddałam się błogiemu leniuchowaniu w schronisku na szczycie Szrenicy:

DZIEŃ DRUGI pod tytułem „Idziemy Szczytami, Czyli Jak To Jest Gdy Pogoda Daje Lekkiego Prztyczka W Nos. A Następnie Wali Prawym Sierpowym.”
Zapowiadało się nieźle…do momentu, gdy wyszliśmy ze schroniska…odwilż, mżawka..no nic, dam radę! Trasa liczyła mniej więcej 10 kilometrów…po piętnastu minutach od wyjścia trafiliśmy na cudownie rozmokły śnieg…w który z rozmachem zapadłam się do połowy łydki…buty zaczęły wydawać mlaszczące dźwięki. I wzmógł się porywisty wiatr.
Co chwilę pojawiały się widma we mgle, które po dokładniejszym przyjrzeniu okazywały się być pniami drzew. Uff. Szałas posłużył nam do zmiany przemoczonej garderoby na suchą oraz do wypicia kilku łyków rozgrzewających pyszności. Mimo wszystko zmęczenie dawało się we znaki. Robiło się późno, a schroniska wciąż nie było widać.

Dopiero około godziny 16 dotarliśmy do kolejnego punktu noclegowego. „Odrodzenie”. Ha, doskonała nazwa! Buty wylądowały na kaloryferze, smakowite jedzenie zostało pochłonięte migiem. Spełniłam swoje odwieczne marzenie śpiąc na piętrowym łóżku. Łuhuu! A trzeciego dnia…

…niespodziewanie ściął mróz, zaswieciło słońce i można było wędrować dalej. Celem było dojście pod samą Śnieżkę oraz nocleg w „Śląskim Domu”. Słońce. Mróz. Widoki. Wszystko takie nierealne. Jak w opowiadaniu fantasy.

Myślałam wtedy o scenie z „Wieży Jaskółki”, kiedy Ciri na jeziorze ucieka przed Bonhartem

snieżne wariactwa

Przedśnieżne migawki:

A w międzyczasie rozmowy, dzikie slizgi w martensach i buszowanie po krzakach.
Schroniskowo, łóżkowo… i zagadka: kto wygrał w trzy-pięć-osiem?

DZIEŃ CZWARTY: wejście na Śnieżkę! Buty już były suche, pogoda dopisywała, obolałe ścięgno przestało boleć a plecak zrobił sie o wiele lżejszy. Wchodzenie po łańcuchach?! A skąd! Mnie wystarczą kijki!
pogoda nie opuściła nas już do końca. Śnieżka została zdobyta w ciągu pół godziny, Harald uwiecznił buty naszej wesołej gromadki.
Można było rozpocząć daleką drogę w dół. Wypatrzyliśmy dym snujący się leniwie z komina małego czeskiego schroniska i nie omieszkaliśmy o nie ”zahaczyć”.
A później stroma droga w dół, do Karpacza. Nie minęła godzina gdy dotarliśmy do cywilizacji. A póżniej już Jelenia Góra. I plany kto i w którym miejscu zasadza się w poszukiwaniu odpowiedniego przedziału. I cała noc w pociągu. I ciepło. I wspomnienia. Muzycznie wycieczkę sponsorował Kult, PP, Korpiklaani, oraz Closterkeller. Patronat spożywczy: tata Daniela, Dawid oraz firmy Knorr i Amino. Podróż powrotną sponsorowały TLK. A następnie ciepłe łóżko. Odpoczynek.

całość dedykuję górskiej ekipie oraz Dawidowi.

Powrócone!

28/12/2009

Wróciłam! Po pokonaniu ponad 1000 km od ostatniej środy powróciłam do domostwa. Uhh! Póki co doprowadzam się do stanu używalności, ale ponieważ cierpliwość nie jest moją mocną stroną, wrzucam tak zwane „przedsmaki”, natomiast więcej zdjęć i historie ze szlaku pojawią się, gdy tylko zbiorę się do przysłowiowej ”kupy”, a nastąpi to niedługo. A oto początki:

natomiast muzycznie na szlaku towarzyszył nam między innymi ten utwór:

ponadto:
-kijki sa cudownym wynalazkiem
-co przeszły moje buty?
-chińskie zupki górą!

chwilowo zajęta Wielkim Popowrotowym Praniem,

Asjaa

Bumcyk i tarara!

23/12/2009

13.48. Korzystając jeszcze z komputera w pracy pragnę nadmienić, iż za kilka godzin wybywam poszukiwać Ribezahla, czy tam Liczyrzepę, jak komu wygodnie go nazywać. I pragnę oświadczyć, że gdybym onego spotkała i już do domu nie wróciła, to po pierwsze: moja kolekcja książek niechaj przypadnie Wujowi Trujowi (nawet te egzemplarze, które zawierają czynione przeze mnie na marginesach własnoręczne przypisy i komentarze, nie zawsze przyzwoite). Po drugie: Liczyrzepa zapewne porwie mnie ubraną w polar od Sonji, więc kupcie jej podobny jako rekompensatę. Po trzecie: płyn do soczewek stojący w łazience jest jeszcze dwa miesiące przydatny, więc niechaj przypadnie w udziale Lovosowi. Po czwarte: za moim łóżkiem stoi jakiś trunek, więc nie pozwólcie, aby się zmarnował był. I jeszcze chcę powiedzieć że kocham HMRQ i Ukune! I podziękować mamie teścia wuja stryiny spod dwunastki, stryjkowi sąsiada z naprzeciwka i teściowej kuzyna świekry sąsiadki z osiemnastego piętra, niech się cieszą… A gdybym jednak wróciła (co zapewne nastąpi w terminie planowanym) to na pewno Wam opowiem co też ten Liczyrzepa potrafi…a mniemam że potrafi- bumcyk i tarara!

14.00
Obładowana niemiłosiernie
ale z kijkami (!)

Asjaa

edit: 21.30, P-ków, niemalże centralna Polska
wiadomość dla Ósmego:

Ósmemu zapisuję siedem krasnoludków (ósmy w drodze) oraz plakat z 1981 roku z podpisem, który jak mniemam Ósmemu by się spodobał i natchnął by go do tworzenia kolejnych Franciszków lub inszych Światowidów i Słońcesławów.

21.33 w trakcie robienia kanapek i przepychanek słownych, czy jedziemy pekałesem, czy ciapągiem.

Asjaa.

22.43 kanapki zrobione. czarny kot oszalał.
Asjaa.

Nordic plotking!

20/12/2009

Szu-szu, szu-szu! Raz-dwa! Raz-dwa! Śnieg skrzypi cudownie, a po sniegu zasuwa ekipa z kijkami bez nart. Ósmy uważa, ze to dziwnie dziwne. Jest fantastycznie! I faktycznie- zdecydowanie wolę nazwę „nordic plotking” niż ”nordic walking”, jest niezwykle adekwatny!
Poza tym już jest zdecydowanie spokojniej, wernisaże odbyły się i wszystko poszło gładko. Dostałam katalog z buskiej wystawy Ponidzie i lubię go oglądać. Teraz już tylko kompletuję rzeczy na wyprawę, jeszcze przydałoby się mieć kilka pierdółek, a czasu zostało niewiele. Mam ogromną ochotę na spotkanie z Panną Pauliną oraz na zimowy wyjazd do Gdańska. Zrobi się! A tymczasem yerba mate kaktusowa i Artrosis z dedykacją dla Ciebie.

Dzisiejszą całość dedykuję HMRQ.

paryż! - Copy

cudownie jest mieszkać w hoteliku w dzielnicy Montmartre, zaraz obok bazyliki Sacre Coeur, buszować po pchlich targach i zaglądać do zakazanego muzeum.

Dedykuję Magdzie i Natalii

(fot.HMRQ)

Aurum

09/11/2009

koncert luka 7.11.09
Raz jestem tam, a raz tu. Całośc dedykuję Panu stojącemu po mej lewicy.

Asjaa

Na początek proszę o włączenie:

Siedlisko Mroku przywitało mnie mgłą, oraz co zaskakujące- nieprawdopodobnym spokojem. A może było to wewnętrzne przerażenie, wyobrażenie tego, to tam się działo, które przez przypadek wzięłam za spokój? Cisza. Mgła. Brak wiatru. Wszechobecne gawrony spacerujące wśród baraków (i tłukące się w głowie pytanie: jak w każdym z tych pomieszczeń mieszkało nawet 800 osób?!). Nawet nie zauważam, że mija trzecia godzina spaceru…
majdanek

A na zakończenie: